Historia rosyjskich przygotowań do załogowego przelotu wokół Księżyca w kontekście turystycznych planów firmy Space Adventures

Soyuz orbiting the Moon

Historia rosyjskich przygotowań do załogowego przelotu wokół Księżyca w kontekście turystycznych planów firmy Space Adventures.

Autor: Orland Krzyżanowski

W 2005 roku pojawiła się pod nazwą DSE- Alpha koncepcja lotu turystycznego wokół Księżyca: dwóch turystów i dowódca misji. Pomysłodawcą wyprawy jest posiadająca sukcesy w organizowaniu kosmicznej turystyki firma Space Adventures. Na chwilę obecną sprzedany został jeden z dwóch dostępnych biletów za cenę 150 mln dolarów, oraz znamy szczegóły misji zaprezentowane na konferencji w maju ubiegłego roku. Czy uda się zrealizować to ambitne przedsięwzięcie pokaże przyszłość. Jest na to szansa ponieważ firma ma realne osiągnięcia w swoim dorobku. Zorganizowała już loty dla 8 kosmicznych turystów z trzech krajów. Z drugiej strony pierwotne terminy odsuwają się a ostatnie porażki w latach 2014-2015 rosyjskich startów nie nastrajają optymistycznie gdyż to właśnie z rosyjskich rozwiązań technicznych projekt ma czerpać.

           Od strony technicznej pomysł wydaje się mieć solidne podstawy. Sprzęt w postaci statku i stopnia transferowego już istnieje. Niezwykle interesujące jest to że byliby to wielcy przegrani pierwszego wyścigu kosmicznego z lat sześćdziesiątych. Pierwotnie projektowany właśnie z myślą o misji księżycowej Sojuz, oraz stopień transferowy Blok D. Obydwie konstrukcje przeżyły programy do których zostały stworzone i znaleziono dla nich nowe zastosowania. Zamiast starać się odgadnąć przyszłość całkiem dużo informacji można uzyskać zaglądając w przeszłość. Cofnąć się musimy do momentu historii, w którym Rosjanie opracowali i przeprowadzili tego typu misje- lata 1964 do 1970 przypadające na szczytowy okres wyścigu na Księżyc. W tym miejscu należy wyjaśnić też pewne nieścisłości związane z nazwą historycznego programu przelotu wokół Księżyca.

Jedna nazwa dwa programy  

Program Zond był w rzeczywistości dwoma oddzielnymi projektami wykorzystującymi dwa typy statków. Pierwszym z nich, związanym z sondami o konstrukcji 3MW (Mars-Wenus) i wysłanymi w ramach misji Zond 1-3 tutaj się nie zajmę, gdyż ich przeznaczenie było zupełnie inne. Pomysł firmy Space Adventures przybliża nam zapoznanie się z misjami opartymi o statek Sojuz w ramach misji z lat 1967-1970 pod oznaczeniami Zond 4-8 (oraz części nieudanych misji, które zostały oznaczone w inny sposób- łącznie 14 pojazdów). Pomimo upływu niemal pół wieku od tamtych wydarzeń efekty ich pracy są mało znane amatorom tematu. Telewizyjne produkcje popularnonaukowe przez ilość i jakość (przynajmniej wizualną) programów nie pozwalają zapomnieć kto i jakim sprzętem ten wyścig wygrał. Pierwsze skojarzenie z lotem na Księżyc to najczęściej biała jak śnieg rakieta Saturn V oraz łatwo zapadający w pamięć kształt statku Apollo. Tym razem ta wiedza jednak nie wystarczy. Użyte rozwiązania będą rosyjskie i to im należy się przyjrzeć.

zond szablon

         W sierpniu 1964 roku po trzech latach od słynnej przemowy prezydenta Kennedy`ego, która rozpoczęła amerykański program księżycowy, do działania w tej materii przystąpili również Rosjanie. W odróżnieniu od koncepcji USA w tym wypadku wystartowano z dwoma programami księżycowymi, oraz dwoma konstruktorami. Siergiej Korolew miał opracować program lądowania człowieka na Księżycu a jego mniej znany (choć posiadający równie imponujący dorobek) konkurent, Władymir Czełomiej program załogowego przelotu wokół srebrnego globu. Pierwszy z tych dwóch projektów zasługuje na oddzielne opracowanie. Historia rakiet N1, lądownika księżycowego LK czy Sojuza LOK jest fascynująca, jednak pomysł firmy Space Adventure pokrywa się z projektem zleconym Czełomiejowi. Ten ostatni miał już konkretny pomysł w zanadrzu a jego podstawy powstały w latach 1961-1964. Istnieje możliwość, że Czełomiej dostał nieformalne zamówienie na taki projekt od Nikity Chruszczowa po wspomnianym przemówieniu Kennedy`egovi. Istotne jest to, że w roku w którym oficjalnie program rozpoczęto plany były już gotowe a pierwszy lot nowego pojazdu zaplanowano na rok 1967. Projekt dwuosobowego statku oznaczono nazwą LK-1 a jego rakieta nośna pod oznaczeniem UR-500K to znany wszystkim Proton, który doskonale służy do dnia dzisiejszego (Pomimo dwóch pechowych ostatnich lat w, którym Protony zawodzą z przerażającą częstotliwością weźmy pod uwagę całość okresu służby) . Projekt LK-1 z wyglądu przypomina mniejszą, zieloną kopię amerykańskiego Apolla z panelami słonecznymi w tylnej części. Składał się z następujących części idąc od przodu pojazdu. Przede wszystkim bezpieczeństwo- wieżyczka ewakuacyjna na paliwo stałe która odciągnęłaby statek na bezpieczną odległość gdyby rakieta nośna stworzyła zagrożenie. Pod wieżyczką znajdowałaby się dwuosobowa kapsuła VA ( Возвращаемый Аппарат ) o stożkowatym kształcie niemal dwukrotnie mniejsza niż ta z Apolla.

lk1small

LK-1

zlk1npom

Słabo znanym faktem jest to, że była ona w późniejszym okresie wykorzystywana wiele razy przy programie stacji Ałmaz oraz statków TKS (pomimo pięćdziesięciu lat które upłynęły od jej stworzenia, kapsuła miała niedawno ciekawy „moment”. W 2010 roku firma Excalibour-Almaz, która planowała wystrzelić na orbitę prywatną stację kosmiczną kupiła korpusy stacji Ałmaz oraz kapsułę VA. Niestety taka wizja startu prywatnego sektora w kosmos okazała się tylko zabiegiem biznesowym, który skończył się większą ilością pozwów sądowych niż lotów). Za częścią VA znajdowałby się cylindryczny moduł serwisowy. Odpowiadałby on za zasilanie, napęd i łączność. Na samym końcu modułu serwisowego były rozkładane panele słoneczne. W stronę Księżyca statek miał zostać wypchnięty przez stopień transferowy. Pomimo że poszczególne części systemu jak wspomniałem są w użytku do dzisiaj sam statek LK-1 nigdy nie poleciał. Oficjalnie projekt żył tylko rok. W 1965r. program przelotu wokół Księżyca przeszedł w ręce rywala Czełomieja- Siergieja Korolowa. W ten sposób konstruktor wziął na siebie ciężar dwóch rosyjskich programów księżycowych. Koncepcja poprzednika została przeprojektowana i o ile rakietę Proton zachowano dla tej misji, to statek załogowy został zastąpiony pomysłem Korolowa- konstrukcją Soyuz 7K-L1 (dalej będę używał krótszego- L1), która była zmodyfikowaną wersją Sojuza 7K-OK.

ZOND

L1-ZOND

Sojuz L1 w stosunku do wersji bazowej został pozbawiony sferycznego modułu orbitalnego, oraz została dodana antena paraboliczna mająca zapewnić komunikację z Ziemią co jest największą różnicą od strony wizualnej pomiędzy pojazdami. Loty L1 były niezwykle interesujące ze względu na ilość komplikacji jakie się pojawiały. Problemy były zarówno z rakietą nośną jak i samym pojazdem. Wyniki negatywne to też wyniki i o ile główne cele niektórych misji nie zostały osiągnięte to okazało się, że wieżyczka ewakuacyjna jest konstrukcją dopracowaną i uratowała większość kapsuł podczas nieudanych wystrzeleń rakiet Proton jak i Księżycowej N-1 (Zond 1967A,1967B, 1969A,Zond L1S-1,L1S-2 ). Pierwszym L1, który poleciał z oficjalnym oznaczeniem, był Zond 4 (marzec 1968 r.). Miał on zebrać dane z głębokiej przestrzeni kosmicznej i został wystrzelony w kierunku przeciwnym do tego w którym znajdował się Księżyc. Czy został umieszczony na takim kursie celowo czy przez przypadek ciężko jednoznacznie powiedzieć (chęć uniknięcia komplikacji z powodu wpływu grawitacyjnego Księżyca wydaje się być logicznym argumentem)ix . Istotne jest to, że osiągnął odległość 330.000 tyś km od Ziemi i rozpoczął powrót. Tutaj niestety zdarzyła się usterka- zawiódł system kontroli lotu. Wejście z drugą prędkością kosmiczną w atmosferę po trajektorii balistycznej najprawdopodobniej zabiłoby załogę gdyby ta znajdowała się na pokładzie z powodu przeciążenia. Następną misją pod oznaczeniem Zond 5 (wrzesień 1968) był docelowy lot wokół Księżyca. Mało osób zdaje sobie sprawę że ustanowił on dwa „pierwsze razy w historii”. Był pierwszym statkiem kosmicznym, który okrążył srebrny glob i wylądował na Ziemi oraz fakt, że na pokładzie wysłano zwierzęta, które następnie żywe powróciły do domu. „Załogę” z większych przedstawicieli fauny reprezentowały dwa żółwie które wyprzedziły tym samym Bormana, Lovella i Andersa z Apollo 8 o trzy miesiącex. Niestety zanotowane przeciążenie podczas powrotu do atmosfery wyniosło 20g- to ciągle było za dużo dla człowieka.

Profil lotu ZONDów

Profil lotu ZONDów

Był listopad 1968 roku i słowo wyścig nigdy bardziej nie pasowało do opisu tego co się działo po obu stronach kosmicznych zmagań. Amerykanie przygotowywali się do misji Apollo 8 podejmując gigantyczne ryzyko związane z faktem przeprowadzenia ekstremalnie skomplikowanej misji włączającej satelizację na orbicie Księżyca i to od razu z ludźmi na pokładzie. Dodatkowo trzeba pamiętać, że była to dopiero druga załogowa misja samego statku Apollo. Po stronie rosyjskiej lotem, który miał umożliwić wreszcie załogową misję miała być misja Zond 6. Następna po niej miała polecieć już z Ludźmi na pokładzie. Start odbył się 10 listopada 1968 roku i statek udanie został umieszczony na trajektorii trans-księżycowej. Po niecałych czterech dniach minął Księżyc w odległości 2420 km wykonując serię fotografii po czym zaczął ponownie zbliżać się w kierunku Ziemi.

Historyczna fotografia wykonana podczas misji ZOND. Żeby ją zobaczyć statek musiał wrócić na Ziemię. Powód jest prosty- klasyczny aparat na

Historyczna fotografia wykonana podczas misji ZOND. Żeby ją zobaczyć statek musiał wrócić na Ziemię. Powód jest prosty- klasyczny aparat na „kliszę”, którą trzeba było wywołać, żeby uzyskać odbitki.

Jak dotąd wszystko szło dobrze. Niestety jeszcze przed wejściem w atmosferę, awarii uległa gumowa uszczelka doprowadzając do dekompresji kabiny. Cały ładunek biologiczny jaki znajdował się na pokładzie zginął. Pomimo tego odnotowano również pierwszy sukces w postaci idealnego kontrolowanego wejścia w atmosferę, wyhamowania w niej, następnie planowanego krótkiego odbicia ponad i powtórnego zanurzenia się przy minimalnym przeciążeniu. Była to w tamtym czasie niecodzienna technika i wymagała precyzyjnego systemu kontroli lotu. Gdyby hipotetyczni astronauci nie udusili się kilka godzin wcześniej po raz pierwszy weszliby bezpiecznie w atmosferę. Ich radość jednak byłaby przedwczesna gdyż w tym momencie wydarzyła się druga usterka, która powtórnie przesądziłaby ich los. Spadochron uruchomił się za wcześnie co spowodowało zerwanie głównej czasy i kapsuła rozbiła się o ziemię. Oczywiste było to, że następna misja nie będzie załogowa a pierwsi polecą Amerykanie, co też się wydarzyło niecały miesiąc później.

Po tej porażce na następną próbę było trzeba poczekać dziesięć miesięcy. Po osiągnięciu wokółksiężycowego lotu przez USA, Rosjanie stracili impet w działaniu. Jednak wysiłki inżynierów zostały w końcu wynagrodzone. W sierpniu 1969 roku w swój księżycowy lot udał się Zond 7. Misja przebiegła modelowo. Gdyby załoga znajdowała się na pokładzie odbyłaby podręcznikowy lot z kontrolowanym powrotem do atmosfery. Po raz pierwszy w historii programu wróciłaby żywa i w dobrej kondycji. To był jedyny księżycowy lot Sojuza w historii, który był całkowitym sukcesem i jeżeli plany Space Adventures zbliżą się do realizacji to kciuki będziemy trzymali za przebieg misji w takim właśnie kształcie. Dalsze losy programu Zond nie powtórzyły sukcesu szczęśliwej siódemki. W Zondzie 8 znowu awarii uległ system odpowiedzialny za wprowadzenie statku do atmosfery co oznaczało wejście z drugą prędkością kosmiczną po trajektorii balistycznej i mordercze przeciążenia. Po tym locie planowane Zondy 9 i 10 zostały anulowane. Warto dodać, że pomimo tego iż program Zond był bezzałogowy nie obyło się bez ofiar. W lipcu 1968 roku w czasie przygotowań do startu na wyrzutni wybuchł stopień Blok D zabijając trzech ludzi i niszcząc pojazd, który dostał oznaczenie Zond 1968B. W ramach drugiego programu księżycowego (lądowania na powierzchni) w trakcie dwóch nieudanych startów rakiety N-1 zniszczeniu uległy Zond L1S1 i S2. Tutaj warto wspomnieć że wieżyczki ewakuacyjne zadziałały sprawnie ratując kapsuły. W tym wypadku wina leżała po stronie nieudanej konstrukcji N1.

Tak miałaby wyglądać współczesna misja.

Tak miałaby wyglądać współczesna misja.

Podsumowując trzeba zdać sobie sprawę, że loty księżycowe człowieka codziennością stały się tylko na szklanym ekranie. Po zakończeniu programu Apollo od czterdziestu lat nikogo tam nie było a sprzęt, który dostarczał ludzi od takiego samego czasu nie istnieje. W świetle tych faktów trzeba spojrzeć na przedsięwzięcie Space Adventures pod bardziej wymagającym kątem. Faktycznie byłby to powrót człowieka do lotów w głęboki kosmos, ale jak pokazuje historia może być to dużo bardziej skomplikowane niż sugerują kolorowe prezentacje opisujące taką misję. Jedyną załogową wyprawą, która faktycznie wykonała lot o takim profilu był Apollo 13 (jakkolwiek należy pamiętać, że wymuszone to było dramatycznymi okolicznościami). Będąc jednak fascynatami tematu można mieć nadzieję, że za sprawą ciągłości programu rosyjskiego i posiadania dwóch dopracowywanych od kilku dekad konstrukcji zobaczymy niedługo ludzi, którzy znów zbliżą się do Księżyca. Na chwilę obecną jest to jedyna taka szansa w dającej się przewidzieć niedalekiej przyszłości po anulowaniu amerykańskiego programu Constellation w 2010 roku.

Linki z których korzystałem- głównie rozkład lotów kolejnych misji i wprowadzenie do rosyjskiego programu księżycowego :
http://en.wikipedia.org/wiki/Soviet_moonshot -rosyjski program księżycowy
http://www.astronautix.com/craft/lk1.htm – opis konstrukcji LK1
http://www.astronautix.com/craft/soyz7kl1.htm -Sojuz L1
http://en.wikipedia.org/wiki/Soyuz_7K-L1 -Sojuz L1
http://en.wikipedia.org/wiki/Zond_program#Soyuz_7K-L1.2FL1S_test_missions -spis wszystkich misji
http://burro.cwru.edu/stu/advanced/20th_soviet_zond.html – spis wszystkich misji

Grafikę z rozrysowanym programem ZOND zrobiłem w Gimpie na podstawie
szablonów z http://cmapsnasacmex.ihmc.us/ w załączniku podsyłam miniaturę gdyż od jakiegoś czasu nie ładuje im się strona z tą grafiką (http://cmapsnasacmex.ihmc.us/servlet/SBReadResourceServlet?rid=1238619730371_1478470294_24561&partName=htmltext )

Wstydliwa choroba Sojuza- problem z separacją modułów (1969-2008 r.)

mnb

Poniższy artykuł po zmianach redakcyjnych został opublikowany w czasopiśmie Astronautilus Z racji zamknięcia wydawania magazynu a chęci zapoznania Was z tą niesamowitą historią postanowiłem zamieścić go na swojej stronie w oryginalnej wersji w jakiej przesłałem tekst do redakcji.

autor: Orland Krzyżanowski

      Ostatnie sekundy odliczania do startu rakiety to atmosfera pełna napięcia. Zainteresowani dzięki przekazowi internetowemu od kilku lat mogą śledzić na żywo tego typu wydarzenia (najczęściej za pośrednictwem NASA TV). Emocje są większe, gdy w kłębach pary i huku silników na orbitę udają się ludzie. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze w ciągu kilku minut osiągną bezpieczną orbitę. Jeżeli nie, to najprawdopodobniej program lotów załogowych pechowego państwa zostanie wstrzymany na dłuższy czas.i

Po wykonanej misji przychodzi czas powrotu na Ziemię. Jest to tak samo jak nie bardziej niebezpieczne dla powodzenia lotu co start. Poświęca się temu etapowi mniej uwagi (wyjątek stanowiły loty wahadłowców) ograniczonej najczęściej do krótkiej informacji o udanym powrocie kapsuły na Ziemię. Media głównego nurtu często pomijają sprawę, chyba że pojawi się jakaś nieprawidłowość. Statystykaii pokazuje, że mniejsze zainteresowanie tą fazą lotu jest nieuzasadnione. Powroty na Ziemię ocierały się częściej niż mogłoby się wydawać o doświadczenia bliskie śmierci. Co więcej lądowanie to często dopiero początek przygody po misji o rutynowym przebiegu.

Ciekawostka- na zdjęciach powyżej możemy zobzczyć jak wygląda

Ciekawostka- na zdjęciu powyżej możemy zobaczyć jak wygląda lot w przestrzeni kosmicznej. Klimaty przypominają „Odyseję Kosmiczną 2001”- zdjęcie przedstawia uśmiechniętego kosmonautę w Sojuzie.

15740477256_a36c4c5029_k

Ciekawostka- tak wygląda powrót kosmonautów z przestrzeni kosmicznej w XXI wieku- klimaty zupełnie inne niż te w „Odysei Kosmicznej 2001”

„Konie robocze” Rosyjskiego Programu Kosmicznego- Sojuzy od chwili powstania pod koniec lat sześćdziesiątych (pierwszy załogowy lot 1967 r.iii) do dnia dzisiejszego zawiodły z tragicznym skutkiem „tylko” dwa razy. W czasie pierwszego lotu Sojuz 1, ulegając kolejnym awariom w czasie lotu uśmiercił swojego pilota nie wypuszczając spadochronu po udanym wejściu w atmosferę. Drugim przypadkiem tragicznego finału była misja Sojuza 11 z trójką kosmonautów na pokładzie. Po udanym pobycie na pierwszej w historii stacji kosmicznej Salut 1, kosmonauci oddokowali od niej kierując się z powrotem na Ziemię. Po wejściu w atmosferę statek wypuścił spadochrony i wylądował. Kontrolerzy zdziwieni byli ciszą panującą w eterze. Po przyziemieniu ekipy poszukiwawcze otworzyły właz kapsuły. W środku znaleźli trzy ciała. O ile lot Komarowa nie powinien się odbyć, gdyż stan statku był dobrze znanyiv, to wypadek Sojuza 11 przez pewien czas był zagadką, która stawiała pytanie czy kosmonauci bijąc rekord długości przebywania w kosmosie nie przekroczyli nieznanej barieryv. Czyżby czas spędzony w stanie nieważkości był dla człowieka ograniczony? W wyniku dochodzenia stwierdzono jednak, że przyczyna była mniej skomplikowana, aczkolwiek tragiczna w skutkach. Gdy kosmonauci jeszcze znajdowali się w przestrzeni kosmicznej nastąpił moment odrzucenia modułów serwisowego i orbitalnego. Powstałe podczas separacji siły spowodowały awarię niewielkiego zaworu, który miał wyrównać ciśnienie tuż przed przyziemieniem kapsuły. Zawór otworzył się w przestrzeni kosmicznej i w ciągu kilkudziesięciu sekund całe powietrze zostało wyssane na zewnątrz. Kosmonauci nie mając na sobie skafandrów nie mieli szans na przeżycie.

Obydwa wypadki wydarzyły się we wczesnych latach rutynowych lotów orbitalnych. Od tamtej pory, aż do dzisiaj w programie rosyjskim nie zdarzył się śmiertelny wypadek, którego bezpośrednią przyczyną byłby sam Sojuz (oczywiście występowały mniejsze awarie). Czy zatem pojazd ten po latach kolejnych lotów zakończonych powodzeniem można określić mianem bezpiecznego? W 2008 roku wyszło na jaw, że ma on pewną ukrytą przypadłość. Symptomy pojawiały się bez żadnego określonego wzoru od 1969 roku do ostatniego ujawnionego incydentu w misji TMA-11. Był to problem z separacją modułów. Wszystkie incydenty zakończyły się dla astronautów szczęśliwie, gdyż przeżyli, ale od tragedii dzielił ich włos. Cała historia ujrzała światło dzienne w 1996 rokuvi na etapie planowania i organizacji pracy przy mającej powstać Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, dla której Sojuzy miały pełnić rolę kapsuł ewakuacyjnych. Rosyjskie oficjalne deklaracje na temat bezawaryjności ich rozwiązań zaczęły konfrontować się z rzeczywistością przy współpracy z Amerykanami w programie Shuttle – Mir oraz wychodzącymi różnymi drogami informacjami z przeszłości do tej pory trzymanymi w tajemnicyvii. Okazało się, że w 1969 roku, podczas misji Sojuz 4 i Sojuz 5, które przeprowadziły operację dokowania na orbicie, drugi z tych pojazdów miał nieujawniony przez kilkadziesiąt lat pełen przygód powrót na ziemię.

soyuz-4-5-transfer

Soyuz_630x

Powyżej: fotografia przedstawiająca Sojuza z lat 60tych oraz artystyczna wizja pokazująca połączone statki Sojuz 4 i 5 na orbicie z kosmonautą przechodzącym z jednego do drugiego.

Sojuz 5 pilotowany wyjątkowo tylko przez jednego kosmonautę Borysa Wołynowa właśnie deorbitował. Procedura zwyczajowo obejmowała separację modułu orbitalnego i serwisowego, żeby kapsuła powrotna mogła ustawić się pod dobrym kątem do wejścia w atmosferę. Tym razem zdarzyło się inaczej. Sworznie pirotechniczne łączące moduły odpaliły planowo, jednak moduł serwisowy wciąż tkwił przyłączony do kapsuły. Sytuacja okazała się być dramatyczna gdy kosmonauta próbował ręcznie obrócić statek. Niestety rosnący opór atmosfery i „nowy” kształt powracającego pojazdu powodowały, że ustawił się swoją najdelikatniejszą częścią- włazem na szczycie kapsuły, w kierunku gęstniejącej atmosfery.

Konfiguracja statku Sojuz 5 w jakiej wpadł on w atmosferę ziemską w roku 1969 (symulacja: Orbiter Flight Simulator)

Konfiguracja statku Sojuz 5 w jakiej wpadł on w atmosferę ziemską w roku 1969 (symulacja: Orbiter Flight Simulator)

Taka pozycja zapewniała całkowite zniszczenie Sojuza i śmierć kosmonauty. Minęły dopiero dwa lata od śmieci Komarowa i tragedia najwyraźniej miała się powtórzyć. Wraz z upływającymi minutami rosło przeciążenie i działające siły. Na wskutek tarcia nagrzane zbiorniki paliwa w module serwisowym nie wytrzymały rosnącej temperatury i wybuchły, a elementy kapsuły zaczęły się odkształcać w wyniku coraz głębszego zanurzania się w atmosferę. Całości obrazu dopełniał zapach topiących się gumowych uszczelek przy włazie, oraz widok dymu za oknem od spalającej się izolacji, którą pokryty był pojazd. Sytuacja wydawała się być beznadziejna. Oczekiwany koniec jednak nie nastąpił. Niespodziewanie pod wpływem działających sił moduł serwisowy oddzielił się od kapsuły. Ta ostatnia w ułamku sekundy zajęła najkorzystniejszą aerodynamiczną pozycję do jakiej została zaprojektowana- osłoną termiczną do przodu. Dzięki temu Wołynow miał przeżyć wejście w atmosferę. Pytanie brzmiało czy inne krytyczne wyposażenie nie spaliło się podczas ostatnich minut. Głównie chodziło o spadochron. Kolejne wyczekiwanie w czasie którego nie można było nic zrobić. Po pewnym czasie swobodnego spadku silne szarpnięcie rozwiało te dylematy. Kapsuła wypuściła spadochron i wytracała prędkość zbliżając się powoli do ziemi. Niespodziewany powrót miał jednak swoje konsekwencje. Lądowanie odbyło się 2000 km od wyznaczonego miejsca w ośnieżonych górach Uralu. Obracająca się kapsuła splątała częściowo linki spadochronu przez co ten ostatni nie mógł się w pełni otworzyć. Dodatkowym problemem było to, że uszkodzeniu uległ rakietowy system miękkiego lądowania. W rezultacie statek uderzył twardo o podłoże. Siła upadku była tak duża, że Wołynow stracił większość przednich zębów… ale przeżył.

Po gorącym przejściu przez atmosferę kapsuła tkwiła zanurzona w śniegu gwałtownie stygnąc. Na zewnątrz panowała temperatura – 38 stopni Celsjusza. Kosmonauta od którego, aż do tej chwili nic nie zależało, musiał podjąć decyzję o swoim losie. Ryzykować zamarznięcie czekając na ekipę ratunkową, która mogła go długo nie znaleźć, czy poszukać schronienia oddalając się od statku? Po wielu godzinach śmigłowce grupy poszukiwawczej dotarły na miejsce lądowania. Właz był otwarty a w środku nikogo nie było. Wołynow zdał sobie sprawę, że przy tak niskiej temperaturze długo nie przeżyje. Wydostał się na zewnątrz i na własną rękę zaczął szukać ratunku. Po kilku kilometrach natrafił na okolicznego mieszkańca, który zabrał go do siebie. Tam też znaleźli go ratownicy.

image

Wypadki jak te, które były udziałem Wołonowa ukształtowały obecny system treningowy dla kosmonautów lecących Sojuzami. Powyżej obowiązkowy trening survivalowy dla wszystkich korzystających z usług rosyjskiego przewoźnika- bez wyjątku… wylądować można wszędzie.

800_yucheh4cymeo2kkbtcfczlshksksvggw

Problem dał o sobie zapomnieć na kilkadziesiąt lat (w czym pomogło utajenie sprawy przez władze ZSRR). Przez ten czas Sojuzy pracowały na swoją dobrą opinię nie licząc kilku incydentów zasługujących na oddzielne opracowanie.

Jest rok 2007. Od budowanej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej oddokował Sojuz TMA-10. Jest to rutynowa misja dziesiątego z nowej serii TMA pojazdu. Rozpoczyna się procedura deorbitacji. Jakiś czas później, gdy zostaje przywrócona łączność po przerwie spowodowanej najgwałtowniejszym momentem wejścia w atmosferę, załoga melduje kontroli lotów, że kapsuła zeszła z orbity w po trajektorii balistycznej. Lądowanie odbyło się 340 km od wyznaczonego miejsca. Coś poszło nie tak.

sts134_2011-05-23-20h39m38s170

Możliwe trajektorie deorbitacji Sojuza. Balistyczna (awaryjna) charakteryzuje się morderczymi przeciążeniami.

Warto wspomnieć, że rosyjskie statki maja możliwość powrotu według trzech programów. Rutynowe zejście automatyczne AUS (Avtomaticheskii Upravlyaemyi Spusk), ręczne, podczas którego przełącza się na tryb RUS (Ruchnoe Upravlenie Spuskom), oraz awaryjne po trajektorii balistycznej BS (Ballisticheskii Spusk). Ten ostatni skraca czas wchodzenia w atmosferę do minimum, ale załoga poddawana jest ekstremalnym przeciążeniom i często odnosi urazy lub kontuzje.viii Komisja dochodzeniowa początkowo stwierdziła, że przyczyną usterki był kabel znajdujący się w panelu sterowania kapsuły. Taka sama awaria miała miejsce w pierwszym statku serii TMA. Informacja o wadliwym kablu została podana mediom i sprawa wydawała się być zakończona. Wkrótce okazało się, że prawdziwą przyczyną był problem z separacją modułów. Część serwisowa nie odłączyła się od kapsuły powrotnej. Tym razem sworznie łączące segmenty statku szczęśliwie się stopiły pod wpływem tarcia uwalniając w ten sposób kapsułę.

grafika1

Po poprawnie dokonanej separacji modułów to co powinno być widoczne z okien kapsuły powrotnej to moduł serwisowy szczęśliwie odlatujący w przestrzeń. Problem pojawia się gdy mamy go dalej przyczepionego do pleców.

W październiku 2007 roku startuje na ISS Sojuz TMA-11. Dokuje do stacji na 191 dni jako statek ewakuacyjny. W kwietniu 2008 roku planowo odłącza się od niej i kieruje się w stronę Ziemi. Lądowanie odbywa się 500 km od wyznaczonego punktu- po trajektorii balistycznej identycznie jak poprzedni TMA-10. Południowo Koreańska astronautka ma uraz szyi i po powrocie do kraju jest hospitalizowana. Problem z separacją się powtórzył. Dwa lądowania po trajektorii balistycznej z rzędu, w załogowym statku kosmicznym skupiły na sobie uwagę i wymusiły zajęcie jakiegoś stanowiska. Rosjanie starali się załagodzić sytuację przez ostrożne i zwodnicze komunikaty w tym nietypową wypowiedź dyrektora Roskosmosu informującą, że przyczyną anomalii była obecność kobiet na pokładzie, co miało przynieść pechaix. Tego typu wystąpienia obce krajom zachodnim, które muszą się liczyć z opinią publiczną, cechowały się jednak pewną logiką. Pieniądze płynące od partnerów zagranicznych korzystających z miejsc w Sojuzach i ich rola były i są stawką zbyt wysoką, żeby ryzykować przerwę w ich dopływie. Niemniej w końcu przyznano się do problemu z separacją modułu serwisowego ujawniając, że we wcześniejszym Sojuzie też był on powodem awaryjnego lądowania, co zaskoczyło śledzących sprawę dziennikarzyx.

Statek tak długo opadał przodem w kierunku atmosfery, że spłonęła antena oraz uszkodzeniu uległ właz (jednak nie stracił szczelności). Szczęściem w nieszczęściu i prowokowaniem losu był fakt, że trzecia usterka tego typu nie uszkodziła kontenera ze spadochronem.

Pechowa i trochę zbyt przypalona kapsuła powrotna.

Pechowa i trochę zbyt przypalona kapsuła powrotna.

Od tamtej pory podobna sytuacja się nie wydarzyła. Przeprowadzone śledztwo jako przyczynę incydentów wskazało awarię sworzni pirotechnicznych, spowodowaną przez długoczasową ekspozycję na promieniowanie elektromagnetyczne w otwartej przestrzeni kosmicznej. Te ustalenia stały się możliwe po wymontowaniu na orbicie jednego ze sworzni z Sojuza TMA-12 w czasie specjalnego spaceru kosmicznego EVA 20A, gdy był on zadokowany do ISS. Sworzeń wrócił na pokładzie TMA-12 na Ziemię, gdzie został poddany analizie i badaniom. W trakcie powrotu separacja modułów przebiegła pomyślnie i lądowanie odbyło się w planowanym miejscuxi.

eva

Spacer kosmiczny EVA 20A. Kosmonauta rosyjski na wysięgniku stacji ISS demontuje jeden ze sworzni.

Rezultatem tych przedsięwzięć są modyfikacje dokonane w konstrukcji elementów łączących moduły jednak najciekawszą zmianą jest dodatkowe polecenie w oprogramowaniu statku. W przypadku wystąpienia problemów z separacją, komputer wyda komendę silnikom manewrowym, żeby starały się ustawić statek bokiem do kierunku lotu. W ten sposób siły działające na łączenia modułów będą na tyle duże, że powinny je zerwać odpowiednio wcześnie, przed narażeniem krytycznych części kapsuły na tarcie atmosferyczne.xii Czy zmiany te zakończyły niebezpieczną przypadłość dojrzałej i dopracowanej konstrukcji, jaką przez kilkadziesiąt lat stał się Sojuz? Należy trzymać kciuki, że tak gdyż pomimo kilkudziesięcioletniej historii, przed statkiem jeszcze sporo lat aktywnej służby. Prace nad następcą (PTK-NP) ciągle są w bardzo wczesnej fazie i nie wiadomo czy nie podzielą losów Klipera, gdyż w 2011 roku pojawiły się wypowiedzi obecnego dyrektora Roskosmosu- Popowkina, który w sierpniu dosyć krytycznie przedstawił swój stosunek do sprawy lotów załogowychxiii, a w październiku 2011 r. wstrzymał opracowywanie rodziny rakiet Ruś–M, które miały PTK-NP wynosić na orbitę.

6986933084_ddc172eada_k

9954559304_16f0621732_k

Na koniec widok podchodzącego do dokowania Sojuza wykonany niedawno z ISS. Bardzo ładne fotki.

Bibliografia:

Soyuz 5 (http://www.astronautix.com/flights/soyuz5.htm )

William Harwood. Possible Soyuz separation problem under scrutiny. Space Flight Now, 2008r

(http://spaceflightnow.com/station/exp16/080422descent.html )

Anatoly Zak. The mission of the Soyuz TMA-10 spacecraft . RussianSpaceWeb

http://www.russianspaceweb.com/iss_soyuztma10.html

Anatoly Zak. The mission of the Soyuz TMA-11 spacecraft . RussianSpaceWeb (http://www.russianspaceweb.com/iss_soyuztma11.html )

Soyuz investigation findings backed by nominal Soyuz TMA-13 return

http://www.nasaspaceflight.com/2009/04/soyuz-investigation-findings-backed-by-nominal-soyuz-tma-13-return/

iZawieszenie lotów po katastrofie Sojuza 11 w 1971 (następny poleciał 2 lata późnie)j, promów Challanger (32 miesiące przerwy) i Columbia (29 miesięcy)

viSoyuz: A Universal Spacecraft by Rex Hall, David J. Shayler (July 2003) s. 156 (dostępna w google books)

viiDwa artykuły Jamsa Olberga na temat awaryjności Sojuzów w kontekście nie ujawniania tych informacji przez stronę rosyjską:

http://www.nasaspaceflight.com/2008/04/the-real-soyuz-problem-looking-past-the-smoke-and-flames/

http://www.jamesoberg.com/soyuzsecret.html

„(Nie)wesołe historie w drodze na Mira: doświadczenia i wnioski z misji Sojuz TM- 5, oraz Progress M-34”

(Nie)wesołe historie w drodze na Mira: doświadczenia i wnioski z misji Sojuz TM- 5, oraz Progress M-34”-

Artykuł był publikowany w numerze 4/2013 niewydawanego już  magazynu Astronautilus. Historia jest ciekawa więc szkoda żeby przeszła niezauważona. Tekst jest w wersji jaką przesłałem do redakcji.- Orland Krzyżanowski

Mir przelatujący nad Nową Zelandią.

Mir przelatujący nad Nową Zelandią.

         Dla młodszego pokolenia stacja kosmiczna Mir to już odległa przeszłość. Dla pokolenia dojrzalszego z kolei tkwi w świadomości, że „wisiała” nad nami kilkanaście lat. Lata dziewięćdziesiąte nie reprezentowały jeszcze pełni potencjału ery informacyjnej, w której żyjemy obecnie. Wycieczki filmowe w jakości HD po jej wnętrzu czy relacje online z przeprowadzanych spacerów kosmicznych były wtedy nie do pomyślenia zarówno dla ludzi jak i modemu, który popiskując wesoło zapewniał łącze o symbolicznej prędkości 56kbps. Doceniając zatem dzisiejsze możliwości dostępu do informacji i to, że możemy być uczestnikami (biernymi, ale zawsze) tego co się dzieje ponad naszą atmosferą praktycznie cały czas, warto żebyśmy pamiętali, że nie zawsze tak było. Jeszcze lepiej jeżeli uświadomimy sobie, że gdyby dzisiejsze możliwości techniczne w zakresie transmisji były dostępne w ostatniej dekadzie XX wieku to kilkakrotnie bylibyśmy światkami wydarzeń przypominających dobre kino fantastycznonaukowe połączone z dramatem, gdyż na szali zawsze ważyło się ludzkie życie… a najczęściej kilka żyć jednocześnie.

Awaryjny Mir, wybuchający Mir… prawie zabili Bruce’a Willisa!

Stacja Mir w kulturze masowej często występuje pod postacią memu, który pomimo wielu lat życia ciągle powiela się w wersji zwracającej uwagę na awaryjność i nie przyjazność zastosowanych rozwiązań (ciasnota, hałas, zapachy, awarie). Najgorszym możliwym przykładem powielania takiego obrazu był film „Armagedon” (1999r.), który więcej zrobił względem niej antyreklamy niż przyczynił się do spopularyzowania astronautycznego tematu. W ogólnym zarysie nie można całkowicie się nie zgodzić z tym, że Mir miał duże wady, jednak istnieje jeden dobry argument, który legitymizuje w pewien sposób incydenty do których dochodziło. Mir był pierwszą długoczasową i wielomodułową stacją kosmiczną zbudowaną przez człowieka (w dodatku tylko przez jedno państwo). Utrzymanie i ciągłe korzystanie z tego kompleksu od 1986 do 2001 roku musiało się wiązać z nową jakością problemów, gdyż wcześniej nie miały możliwości się pojawić. Spuścizną tych doświadczeń jest relatywnie spokojna i bezpieczna eksploatacja Międzynarodowej Stacji Kosmicznej po modyfikacji wielu procedur, których słabe strony wyszły na jaw na Mirze. Przez cały okres użytkowania ISS doszło do kilku drobnych awarii, które media pominęły niemal zupełnym milczeniem (uszkodzony panel słoneczny, radiator, awarie komputera, problemy z chłodzeniem)i . Najgłośniejszym echem w prasie niespecjalistycznej odbiła się ewakuacja załogi do statków Sojuz w 2011 roku, gdy zaistniało ryzyko kolizji z kosmicznymi śmieciami. Nagłówki artykułów pod postacią „O włos od kosmicznej katastrofy”ii podgrzewały atmosferę popularyzując niejako przy okazji astronautyczną tematykę.

Mir_from_STS-81

Stacja w pełnej krasie sfotografowana z wahadłowca misji STS-81. Widać dwa zadokowane statki rosyjskie Sojuz i Progress. Wahadłowiec dokował do widocznego pomarańczowego adaptera/portu cumowniczego po prawej stronie pierwotnie projektowanego dla rosyjskich wahadłowców Buran.

Na pierwszą stronę „Faktu”…gdyby tylko trochę poczekali

Gdyby era informatyczna rozpowszechniona była już w 1986 roku chwytliwe tytuły artykułów pisałyby się same oddając realnie stopień zagrożenia, oraz byłoby ich więcej niż dzisiaj. Incydenty, do których dochodziło w trakcie eksploatacji Mira obejmowały szerokie spektrum sytuacji, w których coś mogło pójść nie tak. Oprócz samego kompleksu należy wziąć pod uwagę również jego obsługę czyli loty pojazdów załogowych i zaopatrzeniowych. Potrafiły one zagrozić życiu kosmonautów gdy ci znajdowali się na ich pokładzie albo… na ich drodze. W tym ostatnim wypadku dając mrożący krew w żyłach przykład tego co oznacza pojęcie „na kursie kolizyjnym” dla pojazdów znajdujących się w przestrzeni kosmicznej.

Jak pokazuje historia Sojuza TM-5iii o tragedię nie było trudno a zatrzymanie sekwencji odliczania komputera na kilka sekund przed eksplozją nie jest domeną sensacyjnych filmów amerykańskich.

Komputer jak HAL 9000

We wrześniu 1988 roku dochodziła do końca krótka siedmiodniowa misja oznaczona jako EP-3. Miała głównie charakter polityczny, gdyż była obliczona na propagandowe wysłanie pierwszego Afgańczyka w kosmos. W tamtym okresie trudna sytuacja w Afganistanie była zmartwieniem Rosjan, którzy prowadzili w tym kraju interwencję militarną od roku 1979. Na pokładzie Sojuza powracającego ze stacji Mir na Ziemię znalazło się dwóch kosmonautów. Doświadczony Rosjanin Władymir Lachow, oraz pilot wojskowy po skróconym szkoleniu w Gwiezdnym Miasteczku Abdul Ahad Mohmand. Nieplanowany bieg wydarzeń rozpoczął się przy opaleniu silnika, które miało zdeorbitować statek. Na wskutek wykrytej awarii przez komputer procedura odpalenia została zastopowana. Lachow zorientował się, że wszystko działa prawidłowo i nakazał komputerowi zignorowanie wykrytej awarii. Po drugim odpaleniu silnik pracował przez kilka chwil po czym znowu automatycznie się wyłączył. Kontrola naziemna w wyniku tego problemu postanowiła, że kosmonauci zostaną na orbicie oczekując przez 24 godziny, momentu aż statek ponownie znajdzie się nad swoim oknem do lądowania. Teoretycznie pozostawało im tylko czekać. Afgańczyk nie mając jednak wyrobionego nawyku do biernego „nic nie robienia” sprawdzał wskazania zegarów statku i zorientował się, że jeden z nich odlicza czas do wybuchu sworzni pirotechnicznych łączących ich kapsułę z modułem napędowym. Komputer chciał odstrzelić silnik, gdy statek znajdował się jeszcze na orbicie skazując w ten sposób obydwu mężczyzn na śmierć w małej kapsule krążącej po orbicie. Pomyłka była rezultatem pierwszej komendy do zignorowania nieprawidłowości jaką wydał Lachow. W takim przypadku komputer Argon-16 przeszedł do następnej procedury jaka miała się odbyć po odpaleniu deorbitacyjnym, czyli właśnie separacji kapsuły kosmicznej od modułu serwisowego. Od tragedii dzieliły tylko sekundy, gdyż sekwencja została wstrzymana w ostatniej chwili.

W środku modułu dowodzenia Sojuza. Do dyspozycji astronautów w czasie lotu jest większy- moduł orbitalny.

W środku modułu dowodzenia Sojuza. Do dyspozycji astronautów w czasie lotu jest większy- moduł orbitalny.

Konfiguracja statku w jakiej teraz odbywał się lot nie pozwalała awaryjnie wrócić na stację kosmiczną, ponieważ port cumowniczy został odstrzelony razem z modułem orbitalnym. Nie było fizycznej możliwości powtórnego zadokowania do kompleksu orbitalnego i na tym nie kończyły się niedogodności. Kosmonauci nie mogli opuścić niewygodnych siedzeń w kapsule i skorzystać z dodatkowej przestrzeni, oraz wyposażenia, którą moduł orbitalny zapewniał- w tym toalety. Po upływie doby kapsuła deorbitowała sprowadzając dwójkę ludzi szczęśliwie na Ziemię. Kosmonauci przeżyli a swoim doświadczeniem dali asumpt do zmodyfikowania pewnej dosyć ważnej rzeczy na przyszłość. Dotychczasowa procedura odstrzeliwująca moduł orbitalny przed odpaleniem spowalniającym statek była podyktowana faktem, że im mniejsza masa pojazdu tym mniej paliwa jest potrzebne do jego sprowadzenia na Ziemię. Sytuacja jaka przydarzyła się Sojuzowi TM-5 jasno jednak pokazała, że cena takiej oszczędności mogła okazać się zbyt wysoka. Na chwilę obecną statek schodzi z orbity w całości. Separacja wszystkich modułów odbywa się gdy pewne jest, że uwolniona kapsuła wejdzie w atmosferę.

Pierwotna sekwencja separacji modułów.

Pierwotna sekwencja separacji modułów.

Tniemy koszty, tniemy!

Próba wprowadzenia oszczędności była z kolei powodem innej poważnej sytuacji do której doszło w czerwcu 1997 roku. Tym razem dotyczyła ona bezzałogowego statku transportowego Progress M-34 i najniebezpieczniejszej kolizji kosmicznej w historii załogowej astronautyki. O ile na pokładzie transportowca z definicji nie było ludzi to stacja, na którą wpadł była obsadzona przez trzech kosmonautów. Dwóch Rosjan (Wasilij Tsibliew, Alekander Lazutkin) i Amerykanina (Michael Foale). Po tym wydarzeniu Mir nigdy nie odzyskał pełnej sprawności i jeden z jego modułów został odcięty i zapieczętowany już do końca życia całego kompleksu.

Kryzysy finansowe w których odnotowuje się spowolnienie gospodarcze mają to do siebie, że odbijają się na sektorze kosmicznym, który z reguły nie znajduje się na liście priorytetów państwa recesją dotkniętego. Taka sytuacja ma miejsce obecnie, gdy od kilku lat NASA walczy o swój budżet i nie wygrywa tego starcia z administracją prezydenta Obamyiv. Z podobną sytuacją mieli styczność w latach 90tych w Rosjanie, gdy zmagali się zapaścią ekonomiczną związaną upadkiem ZSRR. Załogowa eksploracja przestrzeni kosmicznej była chronicznie niedofinansowana. Współpraca Shuttle-Mir była tyleż osiągnięciem porozumienia na rzecz współpracy międzynarodowej (kwestia polityczna) co w znaczniejszym stopniu posunięciem ekonomicznym, które dawało stronie rosyjskiej perspektywy przypływu realnej gotówki od partnerów z zachodu. Oprócz zorganizowania dodatkowych wpływów finansowych z jednej strony starano się również ograniczyć wydatki tam, gdzie uważano to za możliwe. Czasami jednak posuwano się odrobinę za daleko.

W roku 1997 postanowiono przeprowadzić testowe dokowania do stacji używając ręcznego systemu dokującego TORU zamontowanego na statku transportowym Progress (stanowisko operatora mieściło się w bloku bazowym Mira-DOS). Genezą pomysłu był fakt, że podstawowy automatyczny system dokujący KURS był drogi i produkowany poza granicami Rosji w Ukrainie, która dyktowała warunki cenowev. Nie bez znaczenia jest fakt, że po spełnieniu swojej roli obydwa systemy ulegały zniszczeniu, gdy Progress spalał się w atmosferze (dzieje się tak i dzisiaj jednak nie ubiegajmy faktów). W wyniku powyższych przesłanek narodził się pomysł, żeby z systemu automatycznego dokowania zrezygnować i dokować ręcznie z użyciem wyłącznie TORU. Statek po zbliżeniu się na odpowiednią odległość zostałby zdalnie skierowany do właściwego węzła cumowniczego przez kosmonautów znajdujących się na stacji. Jak pokazała rzeczywistość pomysł wyglądał prosto tylko w teorii. W praktyce o włos uniknięto katastrofy… przynajmniej częściowo.

Stanowisko zdalnego sterowania TORU. Monitory jak widać nie dawały obrazu HD.

Stanowisko zdalnego sterowania TORU. Monitory jak widać nie dawały obrazu HD.

25 czerwca 1997 roku Wasilij Tsibliew i Aleksander Lazutkin rozpoczęli test wykorzystując statek Progress M-34vi, który był zadokowany do Mira. Na pokładzie stacji znajdował się jeszcze Amerykanin Michael Foale. Sam system TORU miał długą historię, która sięgała jeszcze stacji Salut. Ratował nie raz sytuację, gdy system automatyczny sprawiał problemy w czasie podejść do stacji Sojuzów jak i Progressów. Tym razem jednak procedura znacząco się różniła, gdyż sterowanie ręczne miało zostać podjęte, gdy statek oddalił się na odległość aż 8 km od stacji (symulując brak systemu KURS, który w zwykłym przypadku podprowadziłby statek automatycznie bliżej). Pierwsza podobna próba miała miejsce trzy miesiące wcześniej i zakończyła się niekontrolowanym przelotem 200 metrów obok stacji.

Automatyczne dokowanie statku Progress do Mira.

Automatyczne dokowanie statku Progress do Mira.

To nie epoka HD

Operator TORU miał problem z obrazem z monitora, który przekazywał obraz ze statku. Mówiąc krótko nic nie widział. NASA nie została poinformowana o tym co się wydarzyło mimo, że jej astronauta znajdował się na pokładzie (ten ostatni nie powiadomił z kolei agencji myśląc, że Rosjanie działali w porozumieniu z nią co było błędnym założeniem). Rozwiązanie problemu, który spowodował niepowodzenie pierwszej próby dziś byłoby nie do pomyślenia. Rosjanie doszli do wniosku, że problemem z działaniem monitora wynikał z nakładaniem się sygnałów radarowego i telewizyjnego. Zdecydowali się na proste rozwiązanie problemu. Podczas próby radar miał zostać wyłączony pozbawiając tym samym operatora wielu krytycznych informacji związanych choćby z odległością statku od stacji! Do dyspozycji pozostał tylko obraz telewizyjny (i nie była to jakość HD). Gdy Progress znalazł się w ustalonej odległości od stacji rozpoczęto manewr zbliżania. Operatorem TORU był Wasilij Tsibliew, który miał do dyspozycji monitor bez danych z wyłączonego radaru i dwa drążki sterowe (jeden odpowiedzialny za ruch, drugi za orientację statku). To musiało mu wystarczyć do sprowadzenia odległego o 8 km transportowca. Pomimo że tym razem sygnał TV był dobry pojawił się inny problem. Kamera Progressa widziała stację na tle Ziemi co uwzględniając fakt, że obraz wyświetlany był w odcieniach szarości powodowało, że była ona praktycznie niewidoczna dla operatora.

mirtotru

Obraz z kamery TORU przedstawiający feralny manewr.

7 tonowy RC

Okazało się, że ponownie statek znalazł się poza kontrolą osoby nim sterującej. Dwóch pozostałych kosmonautów zaczęło pośpiesznie szukać zbliżającej się 7 tonowej jednostki starając się wypatrzyć ją przez któreś z okien. Miano nadzieję, że za pomocą ręcznego laserowego dalmierza będą mogli podać Tsibliewowi dane o prędkości i odległości. Pierwszy dostrzegł go Aleksander Lazutkin. Jak się okazało Progress był bliżej niż się spodziewano i poruszał się o wiele za szybko. Na domiar złego, tym razem leciał prosto w stronę stacji. Jak wspomina astronauta Michael Foale w jednym z wywiadów telewizyjnych, Rosjanin zaraz po zorientowaniu się w sytuacji wydał mu polecenie natychmiastowej ewakuacji do Sojuza. Amerykanin był akurat przy węźle cumowniczym modułu bazowego do którego zadokowany był Sojuz, gdy stacja zadrżałavii. Rozpędzony pojazd uderzył w jeden z nowszych modułów Spektr (dołączony raptem dwa lata wcześniej). Transportowiec zniszczył panele słoneczne, oraz co groźniejsze wybił dziurę w tym module. Rozpoczęła się dekompresja. Zapadła decyzja odcięcia uszkodzonego modułu od reszty stacji zanim spadek ciśnienia pozbawiłby załogę przytomności. Tutaj napotkano na trudności. Przez włazy modułów przebiegały kable i przewody wentylacyjne.

Główny węzeł komunikacyjny mira. 6 przejść do dołączonych modułów i statków. Lekcją wyciągniętą z opisywanego doświadczenia- zero przewodów przechodzących przez otwarte włazy. Dzisiaj na ISS przejścia są wolne od wszelkich przeszkód które uniemożliwiłyby natychmiastowe zamknięcie włazów,

Główny węzeł komunikacyjny Mira. 6 przejść do dołączonych modułów i statków. Lekcją wyciągniętą z opisywanego doświadczenia- zero przewodów przechodzących przez otwarte włazy. Dzisiaj na ISS przejścia są wolne od wszelkich przeszkód które uniemożliwiłyby natychmiastowe zamknięcie włazów,

Okazało się, że ich szybkie awaryjne usunięcie było niemożliwe a co za tym idzie nie można było zamknąć włazu. Lazutkin był zmuszony użyć noża i porozcinać je. Pomimo tego małego sukcesu kosmonauci nie mogli domknąć włazu modułu Spektr. Uniemożliwiał to przepływ powietrza, które z całej stacji przepływało przez właz do uszkodzonego modułu, żeby wkrótce znaleźć ujście w otwartą przestrzeń kosmiczną przez wybity otwór. Szczęściem w nieszczęściu w węźle cumowniczym była pokrywa, która zamykała właz, gdy jeszcze nie było zadokowanego do niego modułu. Od tej strony udało się zapieczętować przejście i zatrzymać wyciek atmosfery. Pojęcie „sytuacja opanowana” byłoby jednak zbyt optymistyczne i nie oddawałoby powagi sytuacji w jakiej znaleźli się kosmonauci. Stan stacji był fatalny. W wyniku uderzenia zatrzymane zostały koła reakcyjne, które odpowiadały za orientacje jej w przestrzeni. Energia kolizji spowodowała niekontrolowany ruch wirowy co spowodowało brak prawidłowego ustawienia paneli słonecznych względem padającego światła. Większość systemów stacji przestała działać, gdyż przez brak prądu został wyłączony komputer. Zgasły światła, oraz przerwana została komunikacja z Ziemią. Stacja dryfowała bez żadnej kontroli przez pustkę kosmosu. Można wyobrazić sobie co czuli uwięzieni na niej ludzie, gdy bez zasilania weszła w cień Ziemi a na jej pokładzie panowała niezwykła cisza i ciemność. Bohaterem sytuacji miał się okazać zadokowany Sojuz.

Soyuz_acoplada_MIR

Za pomocą jego radia przywrócono kontakt z Ziemią. W trakcie dyskusji zdecydowano się też na użycie silników statku do zatrzymania niekontrolowanej rotacji stacji i takim jej ustawieniu, żeby przywrócić ładowanie baterii. Dopiero po dokonaniu tych czynności można było powiedzieć o minięciu kryzysu jakkolwiek stacja dalej była sprawna tylko częściowo. Naprawa modułu Spektr ograniczyła się do przywrócenia częściowego zasilania z jego paneli słonecznych przez załogę Sojuza TM-26, która wymieniła też prowizorycznie umieszczoną pokrywę na właz umożliwiający połączenie elektryki Spektra z zresztą stacji. Po tej naprawie rozhermetyzowany moduł Spektr pozostał zapieczętowany już do końca życia Mira. Z tej bezprecedensowej i największej kolizji w historii załogowej astronautyki wyciągnięto lekcje na przyszłość. Jak możemy obecnie zauważyć system KURS dalej jest obecny na Progressach i nie zdecydowano się na jego usunięcie. Przejścia między modułami ISS są „wyczyszczone” z kabli i przewodów, które mogłyby blokować ich natychmiastowe odcięcie w razie potrzeby. Przy okazji incydentu na wierzch wyszły też problemy w komunikacji pomiędzy USA i Rosją. NASA miała szczątkowe pojęcie na temat tego co planowali i wykonywali Rosjanie na stacji, na której znajdował się obywatel USA. Ten stan rzeczy też musiał ulec zmianie zwłaszcza, że datę kolizji a początek budowy ISS dzieliło tylko kilkanaście miesięcy.

Smaczek na koniec. Jeżeli lubicie robić zdjęcia…albo dorabiać na Allegro w module Zwiezda ISS znajdziecie sporo fajnego sprzętu fotograficznego. Jakkolwiek jak chce się robić takie foty jak poniżej…trzeba mieć czym.

24d Inside ISS

754494main_iss036e006175_full

Inside-ISS-Practice-set-up-for-Dragon

iiiWszyskie informacje na temat TM-5z artykułu Jamsa Olberga ( http://www.jamesoberg.com/soyuzsecret.html ) oraz http://www.russianspaceweb.com/mir_close_calls.html w akapicie Sojuz TM-5 landing. Pomiędzy obydwoma panami pojawiają się rozbieżności, których sam nie jestem w stanie zweryfikować więc pierwszeństwo daję Olbergowi ,który jest dla mnie większym autorytetem i miał informacje z pierwszej ręki poprzez rozmowy z samymi kosmonautami.

vhttp://en.wikipedia.org/wiki/Mir#Accidents oraz http://www.astronautix.com/flights/mireo23.htm „procedures which are replacing the automatic systems that Russia can no longer afford to buy from Ukraine. „ oraz Baker Philip „The story of manned space stations” str 113.

viWszystkie fakty z tego wydarzenia z Baker Philip „The story of manned space stations” str. 115 oraz wywiadu z Michaelem Foale https://www.youtube.com/watch?v=tM7fTLLmgbk

viiCiekawy wywiad z amerykańskim astronautą który wspomina to wydarzenie http://www.mathematica-journal.com/issue/v7i3/special/transcript/html/

Bezpośrednio na Księżyc- siła prostoty a możliwości techniczne. Alternatywne profile załogowych misji księzycowych (lata 60te)

Znana nam konfiguracja oraz profil lotu statków w programie Apollo nie był ani oczywisty, bezpieczny ani najprostszy... zasadniczo było dokładnie na odwrót.

Znana nam konfiguracja oraz profil lotu statków w programie Apollo nie był oczywisty, bezpieczny ani najprostszy… zasadniczo było dokładnie na odwrót.

Przebieg załogowej misji na Księżyc najpowszechniej znany jest z doświadczeń programu Apollo. Kinematografia poświęciła temu jakby nie było fascynującemu tematowi zaskakująco mało uwagi. Ze stosunkowo współczesnych produkcji temat został wykorzystany przez skądinąd znakomity film Apollo 13. Pozwala on zapoznać się ze statkiem kosmicznym, który dziewięć razy zawiózł ludzi w pobliże oraz na powierzchnię Srebrnego Globu… albo statkom gdy dokładniej się przyjrzeć.

Bardziej uważny obserwator dostrzeże, że statek kosmiczny Apollo poleciał samotnie w okolice Księżyca tylko raz! W misji Apollo 8. Od lotów Apollo 10 do Apollo 17 misje wykonywane były faktycznie w tandemie dwóch statków kosmicznych! CSM Apollo oraz zadokowanym i połączonym z nim hermetycznie statkiem LM, który pod odłączeniu sprowadzał załogę z orbity księżycowej na powierzchnie tego ciała niebieskiego. O LM często przyjęło się myśleć tylko w kategorii lądownika ze względu na cel, dla którego został skonstruowany. Należy pamiętać jednak że był to samodzielny pojazd kosmiczny zdolny do wykonywania wszystkich manewrów orbitalnych oraz co udowodnił LM „Aquarius” sterowanego lotu w przestrzeni Ziemia- Księżyc gdy uratował astronautów gdy statek Apollo…co tu dużo mówić- wybuchł w trakcie misji.

Popularne ale nie oczywiste

Lot statku kosmicznego w parze z lądownikiem wydaje się być oczywistością. Tak się w końcu latało gdy się tam latało. Mniej znana kontrpropozycja radziecka N1/L3, która została wybrana do zrealizowania w wyścigu kosmicznym lat sześćdziesiątych również składała się z dwóch pojazdów. Sojuza LOK oraz lądownika LK (Lunnyj Korabl).

Porównanie zespołów ekspedycyjnych: znany amerykański jak i mniej znany radziecki.

Porównanie zespołów ekspedycyjnych:od góry mało znane pojazdy rosyjskie N1/L3, u dołu amerykański Apollo CSM i LM

Gdy się jednak dobrze zastanowić nie trudno dojść do wniosku, że były to misje a dokładniej ich profile niezwykle skomplikowane oraz niebezpieczne. Prostota jest czymś wysoko cenionym w rozwiązaniach kosmicznych. W misji na Księżyc wyrażenie „prosty” obejmowałoby: Start statku z Ziemi, jego lądowanie na Księżycu i po wykonanym spacerze kosmonautów po regolicie start i powrót na Ziemię. Zdecydowano się na coś zupełnie odwrotnego. Zamiast bezpośredniego lądowania najpierw satelizowano statki na orbicie naszego naturalnego satelity. Następnie lądownik odłączał się i sprowadzał kosmonautów na Księżyc. Żeby wrócić na Ziemię LM musiał nie tylko wystartować ale i osiągnąć poprawną orbitę, żeby znaleźć i zadokować z CSM Apollo. Gdy to się udało (a manewry orbitalne to nie bułka z masłem) zespół dalej pozostawał na orbicie Księżycowej. Udany start z powierzchni nic by nie znaczył gdyby zawiódł silnik Apolla i nie można było opuścić orbity Księżyca. Mamy zatem dużo manewrów i wykonanych zadań, na które się zdecydowano zastępując prostszy i oczywisty jak mogłoby się wydawać manewr lotu bezpośredniego.

W tym szaleństwie jest metoda

Decyzja o skomplikowaniu profilu misji i zwiększenia niebezpieczeństwa jej przeprowadzenia nie była szaleństwem ze strony osób decyzyjnych. Nie miała też podnieść poziomu oglądalności transmitowanych programów gdyż większości osób ta zmiana i tak nic nie mówiła (lot Apolla 13 nie był nawet transmitowany na żywo. Zainteresowanie pojawiło się w momencie wybuchu na statku). Podłoże decyzji to czysta matematyka. Sprowadzenie bezpośrednio całości statku który wystartował z Ziemi na powierzchnie innego ciała niebieskiego o niepomijalnej sile grawitacji (jak małe planetoidy, które mają znikomą masę a co za tym idzie grawitację)   jest metodą bardzo siłową i wymaga dużo energii- paliwa- masy. Rezultatem pozornie prostego pomysłu jest znalezienie się na powierzchni srebrnego globu obok preferowanego człowieka całej masy niepotrzebnych ale ciężkich rzeczy: kapsuły powrotnej z ciężką i totalnie niepotrzebną na Księżycu osłoną termiczną, zapasu paliwa do lotu powrotnego na Ziemię oraz całego oprzyrządowania związanego z lotem przez przestrzeń kosmiczną. W rezultacie taki pojazd stawał się nieprzyzwoicie duży…choć to jeszcze nie problem. Stawał się bardzo ciężki a to już stanowiło problem.

Lunar-Lander-sizes

Wczesne porównanie rozmiarów sprowadzenia „wszystkiego” na Srebrny Glob i kontrpropozycja lądowania tylko „tego” co potrzebne. Z czasem pierwszą opcję starano się odchudzić.

Strona rosyjska przy zaakceptowanym do realizacji projekcie Korolewa miała mieć do dyspozycji rakietę marsjańską N1, która na potrzeby załogowego przelotu wokół Marsa zaprojektowana była na wyniesienie 75 ton. O bezpośrednim lądowaniu nie mogło być mowy. Strona amerykańska dysponowała Saturnem V z nośnością troszkę powyżej 100 ton. To dużo jednak dalej za mało, żeby pozwolić sobie na komfort lądowania bezpośredniego. Po obydwu stronach pojawiły się pomysły opracowania jednak misji, która dałaby radę prostszemu profilowi lotu.

Zróbmy mniejszy statek…nie zróbmy większą rakietę!

Obydwie strony wyścigu kosmicznego miały jednak zwolenników misji bezpośredniej, która była dużo bezpieczniejsza i prostsza niż manewrowanie zespołem statków na księżycowej orbicie. Po stronie amerykańskiej zaproponowano wykorzystanie lżejszej architektury statków Gemini. W 1961 roku została przedstawiona propozycja „1961 – Gemini Lunar Landing”. 

Kapsuła Gemini zawsze była nieduża. Każdy dodatek wymuszał "dokładanie" do tyłu. Tak miał wyglądać Gemini w wersji księżycowej.

Kapsuła Gemini zawsze była nieduża. Każdy dodatek wymuszał „dokładanie” do tyłu. Tak miał wyglądać Gemini w wersji księżycowej.

Rysunek techniczny księżycowego Gemini.

Rysunek techniczny księżycowego Gemini. Za znaną nam kapsułą umieszczono… masę paliwa. Naprawdę dużo zbiorników oraz nogi do lądowania. W przekroju wygląda to jakby stacja paliw chciała wylądować na obcej planecie co jest zresztą zgodne z rzeczywistością. Przy tej ilości paliwa moglibyście jeździć waszym samochodem przez kilka lat mając do dyspozycji pełne zbiorniki Lunar Gemini.

Była to dosyć odchudzona wersja statku w porównaniu do wersji bezpośredniego lądowania statku Apollo który był dużo większy i cięższy.

Po stronie radzieckiej orędownikiem misji bezpośredniej był rywal Korolewa- Władymir Czełomiej. Poszedł on tą samą drogą…tylko w drugą stronę. Odchudzanie zespołu L3 będącego pomysłem biura OKB1 nie miało sensu ponieważ cały zespół w porównaniu do amerykańskiego programu Apollo już był odchudzony ze wszystkiego co można. Lądownik miał stanowić tylko 1/3 masy zachodniego konkurenta oraz był wyraźnie mniejszy. Nic dziwnego gdyż rakieta N1 która miała wszystko wynieść w kosmos miała blisko 20 ton mniejszy udźwig od amerykańskiego Saturna V. Czełomiej zaproponował zbudowanie odpowiednio dużej rakiety. W ten sposób narodził się projekt rakiety UR-700 i statku kosmicznego/lądownika LK-700.

UR-700 była konstrukcją bez kompromisów. Miała dać tyle mocy ile było trzeba (fot: klatka z filmu "Kosmonauta" 2013r.)

UR-700 była konstrukcją bez kompromisów. Miała dać tyle mocy ile było trzeba (fot: klatka z filmu „Kosmonauta” 2013r.)

Udźwig tej rakiety to komfortowe 150 ton. Dwa razy więcej niż konkurencyjna N1. Została zaprojektowana tylko w jednym celu- wysłania załogowej misji na Księżyc. (N1 do misji księżycowej została „dostosowana”- pierwotnie miała zawieźć ludzi na lot dookoła Marsa). Projekt nie został wybrany jako priorytetowy jednak przy minimalnym finansowaniu trwał do 1974 roku i doprowadzono go do etapu makiety, która daje wyobrażenie o konstrukcji.

Autentyczna fotografia makiety LK-700

Autentyczna fotografia makiety LK-700

Kapsuła przypominała tą z programu Apollo charakteryzowała się jednak mniejszymi rozmiarami oraz przystosowana była do lądowania bezpośredniego na Księżycu. Możliwości rakiety nośnej zapewniały lądowanie w niemal każdym miejscu (zmiana inklinacji orbity to spory wydatek paliwowy i takiego luksusu nie posiadałby wspierany projekt Korolewa N1/L3) ).

Próby konkurencyjnej rakiety N1 przebiegały z fatalnym skutkiem i po kolejnych jej niepowodzeniach Czełomiej próbował zyskać poparcie dla swojego programu. Nadmiar mocy, którą oferowały jego rozwiązania umożliwiłyby nie tylko lądowanie człowieka na Srebrnym Globie jak to miało miejsce ale i perspektywiczny rozwój programu księżycowego łącznie z budową bazy księżycowej i jej stałej obsługi. Niestety perspektywiczne myślenie wymagało poczynienia wielu kroków oraz zdecydowania się na konkretnie ten kierunek rozwoju własnego programu kosmicznego na przestrzeni kilkudziesięciu lat. ZSRR w okresie Zimnej Wojny nie mógł sobie pozwolić na program, który nie dałby natychmiastowych rezultatów, nie konkurowałby z USA oraz może a nawet przede wszystkim nie miał zastosowania ściśle militarnego… na podobne  działania nie mogli sobie pozwolić również Amerykanie.

Historia lubi się powtarzać

Dowodem tego może być fakt, że pomimo niesamowitej wartości cywilizacyjnej oraz naukowej faktu wysłania człowieka na inne ciało niebieskie nie zdecydowano się na jego stałą eksplorację aż do dzisiaj… wyobraźmy sobie jak wyglądałby świat gdyby odkrycie Ameryki było poczynione pod wpływem podobnych pobudek. Sztandar postawiony na piasku plaży Nowej Ziemi i z powrotem do domu. Zastanówmy się też dlaczego historia tak się nie potoczyła… ponieważ okazało się, że może się to opłacić.

Komercjalizacja dostępu do kosmosu, którą dziś obserwujemy może być tym czym perspektywa zysków z nowo odkrytego lądu 500 lat temu. Odległość jest większa więc może i horyzont czasowy ulegnie wydłużeniu. Historia daje nam jednak nadzieje- jeżeli coś było kiedykolwiek nowego na polu eksploracji przez człowieka to koniec końców znalazły się i powody do jej przeprowadzenia.

history-native_american_indian-moon-lunar_landing-invasion-settler-jcen317l.jpg

„Grawitacja”- nie…po prostu nie!

-Sandra dajesz! Z Teleskopu Hubble`a do ISS mamy raptem 900 metrów!.. przynajmniej w tym filmie inaczej byłoby kiepsko.

-Sandra dajesz! Z Teleskopu Hubble`a do ISS mamy raptem 900 metrów!.. przynajmniej w tym filmie inaczej byłoby kiepsko.

Idąc na film „Grawitacja” i mając go w zamiarze zrecenzować myślałem, że staję przed niełatwym zadaniem. Będąc całkowicie oddanym tematowi astronautyki świadomy jestem tego, że moje oczekiwania są bardzo wygórowane i łatwo byłoby „polecieć” w ocenie nie w tą stronę kreując siebie na znawcę wytykającego wszystkie możliwe błędy w scenariuszu.

Na bezrybiu i rak ryba

„Ta śrubka jest nie w tym miejscu co powinna, a ujęcie pod tym kątem byłoby nie do zrealizowania”- tak można by zupełnie zabłądzić w temacie myśląc, że chce się zrobić dobrze. Z drugiej strony jak często pojawia się film, na który amator astronautyki załogowej czeka bardzo długo z rosnącą do granic niemożliwości niecierpliwością? Może sprawa jest jednak prostsza niż myślałem. Filmy dotyczące omawianego zagadnienia powstają tak rzadko, że zasadniczo nie można być wybrednym i wiele powinno dać się znieść. Wyobraźcie sobie spragnionego wędrowca na pustyni który po iluś dniach przemierzając jałową przestrzeń nagle natrafia na oazę ze świeżą wodą. A teraz pomyślcie sobie jak bardzo z tą oazą musiałoby być coś nie tak, żeby taki spragniony gość ją ominął i poszedł dalej. Tym razem coś takiego się jednak przytrafiło. Pośród setek pozycji filmowych, które ukazały się w ciągu ładnych paru lat mieliśmy dostać coś skierowanego konkretnie w temat astronautyki. Jak bardzo coś musiałoby być z takim filmem nie tak, żeby nie mając prawa wybrzydzać  odradzać jego obejrzenie?

Pozytywne myślenie daje pozytywne rezultaty- nie tym razem!

Jeszcze w czasie seansu próbowałem zachować pozytywne myślenie bo nie jestem osobą lubiącą narzekać. Miałem kilka dyrektyw, których przestrzegania postanowiłem pilnować jeszcze przed obejrzeniem filmu. Podstawa to fakt, że jest to dramat a nie dokument. Miał przedstawiać trudne sytuację dziejące się w przestrzeni kosmicznej i będące udziałem człowieka. Wspomniana śrubka wkręcona nie tam gdzie trzeba nie powinna mieć żadnego wpływu na ocenę filmu. Niestety gdy okazało się, że film nie ma fabuły, gry aktorskiej, drugiego ani trzeciego dna siłą rzeczy zacząłem skupiać się na tym co pozostało. Obrazie 3D i zdjęciach mając nadzieję, że one chociaż będą w miarę interesujące… nie były. 3D faktycznie było wykorzystane jak trzeba, tego nie można odmówić. Gdyby pociąć całość filmu i wyjąć krótkie sceny w których trójwymiar powalał na kolana byłoby tego całkiem sporo kilkunastosekundowych klipów. Były sceny, które były piękne ale poszedłem na film. Byłbym w stanie zapłacić te same pieniądze na ich obejrzenie pod warunkiem, że nikt nie próbowałby mi wmówić, że oglądam pełnowartościowy dramat (wymagana fabuła) dziejący się współcześnie na orbicie (obecnie wszystkie użyte w filmie satelity nie znajdują się 900 metrów od siebie dla wygody…może kiedyś)

Koniec końców próbując ratować moją lecącą w dół w szaleńczym tempie opinie o filmie niczym meteoryt czelabiński, który zdecydowany był bezapelacyjnie roztrzaskać się o naszą planetę postanowiłem sobie odpuścić krytykę produkcji w jednym jedynym wypadku.  Jeżeli w momencie jej końca będę mógł powiedzieć, że nie mający pojęcia widz, który zdecydował się przyjść na seans przynajmniej będzie wiedział jak wygląda dzisiejsza obecność i działalność człowieka na orbicie… nic takiego jednak nie miało miejsca.

Film nie dość, że nie wniósł żadnej informacji na powyższy temat to zalał niemającego punktu odniesienia widza morzem dezinformacji. Lepiej byłoby dla wszystkich gdyby poruszając temat przy spotkaniu ze znajomymi, ktoś taki powiedział „nie wiem” niż- „na bazie tego co zobaczyłem na filmie Grawitacja myślę, że…”.

Było wiele filmów, w których tło wydarzeń było tylko sceną dla właściwego tematu a jednak dawały sobie radę. „Tytanic” Camerona, w którym sam statek jako maszyna nie był głównym  bohaterem fabuły został potraktowany przez reżysera poważnie. W grawitacji mamy Międzynarodową Stację Kosmiczną, która została potraktowana wyłącznie jako rekwizyt, który efektownie będzie wybuchał i rozpadał się na części (to nie spojler, tyle można zobaczyć i w zwiastunach). Sama ISS musiała dla twórców pomimo bycia najbardziej skomplikowaną strukturą zbudowaną przez człowieka na orbicie być niewystarczająco interesująca. Ktoś postanowił „sklonować” moduł FGB Zarja i powciskać pod wolne porty od strony nadiru. Więcej paneli słonecznych i modułów do wybuchania- więcej zabawy! Jeżeli coś miało być ciekawego w środku stacji do pokazania widzom to była to odrestaurowana Sandra przeciągająca się i wyginająca w podkoszulku po niewygodnych godzinach spędzonych w nieatrakcyjnym skafandrze kosmicznym.

-Od razu lepiej...te skafandry są takie niewygodnie!

-Od razu lepiej… te skafandry są takie niewygodnie!

Tyle ogólników teraz konkrety ( spojlery!)

Prawa fizyki, którym akcja musiała z braku wyboru się podporządkować zostały wysłane na urlop. Nikt nie lubi marudów a te musiałyby zrzędzić w czasie produkcji przez większość czasu „panowie tak nie można! trochę litości!”. Teleskop Hubble`a  znajduje się 900 metrów od stacji, gdzie serwisują go jak się okazuje cały czas latające wesoło na orbitę promy STS (są one na tyle zakorzenione w  świadomości zbiorowej, że część moich znajomych jest zdziwiona, że już przeszły na emeryturę- tym większy minus dla filmu, który podtrzymuje ten stan rzeczy). Przy samym teleskopie i wahadłowcu astronauci skaczą jak po małpim gaju (wystarczy spojrzeć na 5 min filmu z prawdziwego spaceru kosmicznego, żeby zobaczyć jakie absolutne skupienie utrzymuje się podczas takich operacji). Od teleskopu do stacji można w razie potrzeby przedostać się w samym skafandrze… podobnie od stacji ISS do chińskiej, która znajduje się kilka kilometrów dalej.

Do wszystkich stacji jakie umieszczono na potrzeby akcji mamy podoczepiane dodatkowe statki ewakuacyjne, które są zadokowane nawet gdy załoga się ewakuowała. Zupełnie jak koło zapasowe w aucie. Dobrze jedno dodatkowe mieć w bagażniku,  a nuż ktoś przyleci w skafandrze z teleskopu Hubble`a i będzie chciał się taką rezerwą zabrać do domu… po prostu czysty absurd. Inklinacje, mechanika orbit, fizyka… wszystko w tym filmie leży. Najgorsze jest jednak to, że nie ma fabuły a ja wydałem 56 zł zabierając, żonę żeby pokazać jej jak wygląda pierwszy film dziejący się współcześnie na orbicie. Ona też wiedziała, że ludzie nie umieścili Hubble`a 900 metrów od stacji.

Widz, który wydał niemałe pieniądze dla obejrzenia filmu w wersji 3D nie jest jednak jedyną ofiarą tej produkcji. Genialna ścieżka dźwiękowa której autorem jest Steven Price zdecydowanie powinna być tłem czegoś co przeszłoby do historii tematu. Soudtrack filmu zdecydowanie wbija w fotel…zwłaszcza gdy odsłuchamy go z daleka od samej produkcji- jest genialny.

Wybuchy, wybuchy i jeszcze raz wybuchy- chyba głównie o to chodziło.

Wybuchy, wybuchy i jeszcze raz wybuchy- chyba głównie o to chodziło.

Od siebie zaproszę jeszcze do zapoznania się z prezentacją w której przedstawiono „10 faktów, które powinieneś znać zanim obejrzysz grawitację”